13 października’18

Październik 18th, 2018

Cztery mosty - czyli spacer po okolicy
„Spacerownik Urszulanki” kiedyś napiszę. Albo „… Urszuli i Anki” na cześć wszystkich Pań i Panów, którzy, czy to będąc w pracy czy po, pakowali mnie w wózek i zabierali na bliskie lub dalekie podróże.
Nie będę zdradzała teraz szczegółów tego pamiętnika albo jak kto woli przewodnika ale pierwszy rozdział na pewno rozpocznę od opisu ścieżek w mojej najbliższej okolicy. Te spacery, zwłaszcza w ciepłe dni, sprawiają mi wiele radości.
Mając ponad dwie godziny wolnego czasu i butelkę pysznego swojskiego kompotu wybrałam się na podbój „własnego podwórka”. Przeszłam przez napikowany żołędźmi dywan złotych liści. Park Grabiszyński jest piękny o tej porze roku. Na jego skraju płynie rzeka Ślęza. Czy na jej jednym końcu jest góra Ślęża? Dwie godziny to za mało by iść wzdłuż brzegu i sprawdzić gdzie bierze swój początek, gdzie bije jej źródło. Ale zaledwie trzy kilometry marszu wzdłuż brzegu rzeki wystarczyły by zobaczyć aż cztery rzeczne przeprawy: mosty Oporowski, Racławicki i Kleciński oraz jaz przy Grabiszynku. Według mnie w mostach kryje się jakaś dobra siła. Są symbolem przekraczania granic, czegoś co jest trudne lub wręcz niemożliwe do wykonania. Mogę po nich przejechać. Patrzeć z góry na rzekę. Przejść na drugą, do tej pory nieosiągalną, stronę.
Tego dnia przeszłam 9 kilometrów, przez dwa parki i cztery mosty. Sporo jeśli wezmę pod uwagę tylko najbliższą okolicę.
Po drugiej stronie „własnego podwórka” jest nasyp kolejowy. Może następnym razem opiszę spacer wzdłuż torów i odkryję przed Wami nowe tajemnice. Zatem do zobaczenia na kolejowym trakcie :)

6 października’18

Październik 10th, 2018

Dyniowy zawrót głowy - Święto Dyni w Wierzbnej

15 wrześni’18

Wrzesień 30th, 2018

Dzień Otwarty w Zajezdni MPK - Borek
Czy mi się podoba Dzień Otwarty? A czy jest Dzień Zamknięty? A czy wszędzie gdzie są zamknięte drzwi są i otwarte. Jakoś nie wyobrażam sobie „Dzień Otwarty – zapraszamy do więzienia”. Już widzę mojego młodszego brata w kolejce przy otwartych kratach. I dlaczego nie ma „Otwartych Drzwi” do perfumerii, do jubilera, do sklepu z fajnymi ciuchami?
Ale z braku takich możliwości spędzenia wolnego czasu pozostało mi przejście przez „Otwartą Bramę” wrocławskiej zajezdni tramwajowo-autobusowej przy Powstańców Śląskich. To nie była pierwsza nasza wizyta w tym miejscu. Ale dla Marka to wciąż spora atrakcja. Wsiąść do tramwaju pachnącego nowością, zasiąść na miejscu motorniczego, użyć dzwonka tyle razy, by zdenerwować wszystkich odwiedzających halę z tramwajami, zamykać drzwi przed nosem wysiadających, a tym co chcieli zobaczyć kto tak rozrabia, posłać strugę płynu ze spryskiwaczy. Wisienką tych wszystkich atrakcji była spora porcja zapiekanki, wykonanej w starym peerelowskim stylu, prosto z żuka (uwaga! zapiekanka z serem i pieczarkami a żuk – jak się okazało – to marka polskiego samochodu). Wychodziliśmy z grupą ostatnich gości i zaraz po tym jak opuściliśmy zajezdnię rozpoczął się długo oczekiwany przez pracowników MPK „Dzień Zamkniętych Drzwi”. Mogli spokojnie wrócić do pracy.
Na koniec dodam tylko, że w moim domu jest wiecznie „Dzień Otwarty”. Od rana przychodzą jak nie pielęgniarka to nauczycielka. Jak nie masażysta to rehabilitantka. Jak nie Pani doktor to Pani psycholog, jak nie mama z pracy to bracia ze szkół, jak nie koledzy i koleżanki Marka i Kuby to znajomi rodziców. Może by tak wprowadzić chociaż jeden w roku „Dzień Zamkniętych Drzwi”?

1 września’18

Wrzesień 10th, 2018

Spacer po Lesie Osobowickim

17 – 19 sierpnia’18

Sierpień 31st, 2018

Perełka w Koronie Moich Podróży - Zamość
Z rodziną? „Z rodziną to tylko na zdjęciach się dobrze wychodzi” tak mówi nasze polskie przysłowie. Aby to sprawdzić pojechałam do Zamościa. Roztocze wraz z „Perłą Polskiego Renesansu”, jak powiadają sprawni w mowie i piśmie o Zamościu, to istna „wylęgarnia” moich wujków i cioć oraz kuzynów i kuzynek. Jest ich tam ze stu a może i więcej. Wyobraźcie sobie, że na jednym z pierwszych spotkań rodzinnych wynajęto ośrodek na sto łóżek. W tym roku odbył się już IV Zjazd Rodziny Pysiewiczów, tej od strony mojej mamy. Główna impreza miała miejsce pod Zamościem, w urokliwym miasteczku jakim bez wątpienia jest Zwierzyniec. Wątpliwości rozwiewa fakt, że miejsce to wybrała na siedzibę Dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego, Festiwal Filmów Fabularnych i Browar Zamoyskich. A poza tym jest tu przyrodniczo pięknie. I to jest ten moment by pochwalić się fotografiami ze zjazdu. Ale nie mam ich. Rodzice byli tak zajęci realizacją programu artystycznego, że nie zrobili żadnych zdjęć. Śpiewali piosenki, tańczyli, jedli smakołyki i rozmawiali ze sobą, tak jakby się nie widzieli od lat. Zaraz, ale oni nie widzieli się od lat. Może i dobrze, że nie ma tych chwil utrwalonych w obrazie i dźwięku. To nie był festiwal tylko zjazd, było kulturalnie ale nie na tyle by się tym jakoś specjalnie chwalić. Co prawda nad ranem chłopcy deklamowali Mickiewicza i Norwida ale nie w ramach ekspresji i formy przekazu tylko w rywalizacji: kto zapamiętał dłuższy fragment wiersza. Ale kto wygrał? Następnego dnia każdy mówił, że to on. A ja wierzę, że Kuba.
Po Zjeździe pojechaliśmy do Zamościa, gdzie mieszkałam u cioci Dorotki. Dziękuję za przygarnięcie nas, dalszy ciąg rozmów i spacery po starówce renesansowego miasta. I za Moli – psa, który rozczulał nas do łez. I o tym właśnie są fotografie ukryte pod banerem. Nie tylko z rodziną dobrze wychodzi się na zdjęciach. Z psem też nieźle.